Wzięło mnie na dobre. Przypomniałem sobie dlaczego tak bardzo lubię łowić na muchę. Praktycznie cały czerwiec i połowę lipca poświęciłem na bieganie z muchówką po Rabie. Efekt – jeden zalany wodą telefon (stąd ostatnimi czasy mało zdjęć i postów), całkiem sporo pstrągów i kilka lipieni. Na początku potokowce brały głównie na streamera. Dobre efekty dawała pijaweczka z podwieszoną mokrą muszką. Z czasem coraz lepsze były efekty przy łowieniu nimfami. Sprawdzają sie różne wzory w zależności od latającego i wychodzacego w danej chwili robactwa. To naprawdę zadziwiajace jak bardzo człowiek przyzwyczaja się do dobrych wyników, jednak rzeka wbrew pozorom wcale nie jest taka łatwa i czasami drobne różnice mają znaczący wpływ na efekty wędkowania. Pstrągi trafiają sie bardzo ładne. Sporo jest ryb z czwórką z przodu, a najwiekszy potok jakiego udało mi sie wyholować miał 55-60 cm. Populacja lipieni też  powoli się odradza. W tym roku trafiłem na egzemplarze w przedziale 25-35 cm. Skoki poziomu wody obarczam winą za nieudane próby podejścia ryb ze suchą mucha, ale mam nadzieje, że i to niebawem się zmieni. Moje połowy spinningowe ucierpiały trochę na tym romansie z muchówką, ale co tam, mam takie przeczucie że i Wisła w tym roku szykuje dla mnie jakąś miłą niespodziankę. Ciekawe co tam słychac na moich opaskach…? W końcu było kilka dni bez deszczu i jest szansa, że większość rzek będzie w końcu dostepna. Gdzie jechać zatem, co wybrać…?