Jezioro? Hmm… może nie jezioro, może bardziej jakiś dołek z wodą, a może po prostu woda z pięknymi garbusami, ale od początku.Rozpocznę od krótkiego wstępu. Okoń to moja pierwsza spinningowa ryba, zakładam, że wielu z Was miało podobnie. Kiedyś uganiałem się za tymi pięknymi pasiakami z wielką pasją, niestety zapał zaczął przygasać z każdym kolejnym rokiem. Ładnych  ryb było po prostu co raz mniej i łowiło się okoniowe przedszkole – duże ryby stały się rzadkością.Po dziś dzień pamiętam bardzo dobrze wypad rowerem nad rzeczkę oddaloną blisko 20 km od mojego miejsca zamieszkania. Od tego czasu upłynęło sporo wody w rzekach … będzie jakieś 20 lat. Stary teleskop z podpiętym kołowrotkiem, w odbiorze wizualnym – kolubryna. W obecnych czasach zestaw gruntowy, w ówczesnych – narzędzie dzięki, któremu pojawiał się uśmiech i radość, ponieważ mogłem robić to co mnie urzekło od najmłodszych lat. Reasumując, złowiłem wtedy dwa okonie, 42cm i 32cm. Nie były to czasy smartfonów, a telefony przenośne rozmiarami przypominały cegiełki pod budowę domu z antenką, która z powodzeniem mogła by posłużyć jako wędka podlodowa 😉 Zdjęć nie ma, ryby mierzone linijką, na tego największego linijka to za mało trzeba było mierzyć na dwa razy. No takie były czasy. Byłem wtedy spinningowym przedszkolakiem, nie muszę Wam tłumaczyć jak się wtedy czułem, nawet nie potrafię tego opisać, ale pewnie możecie sobie to wyobrazić jeśli choć raz byliście w podobnej sytuacji. W tej całej historii było dużo więcej szczęścia niż samych wędkarskich umiejętności. Przez lata te proporcje się zmieniały, umiejętności wzrastały, sprzęt był lepszy, ale niestety ryb było po prostu co raz mniej. Do dziś jest to mój największy okoń jaki wylądował na brzegu. Niestety słabe wyniki wpłynęły również na moje wędkowanie. Każdego roku latam za okoniami, ale ta pasja przeniosła się w kierunku ryb w czerwone kropki i zakładam, że tak zostanie ze mną już do końca.Lubię szukać i łowić tam gdzie nie łowią, albo łowią nieliczni. Wytypowałem sobie dwa dołki. HeHe jakie to proste tak można by sobie pomyśleć. Znajdź wodę, która nie jest wodą pod władaniem PZW, a o której wie może parę osób. Jeśli dołek ma kilka lat i nikt tam nie mięsi w nadmiarze to jest pewne, że będą tam ryby. Tak było w tym przypadku. Wiem, może wydawać się to bardzo dziwne. Jak to? To nie woda PZW(Polski Związek Wędkarski) tylko jakieś oczko gdzie nie ma zarybień i tam jest ryba? No jak? Skąd? Tak po prostu jest. Niestety, ale po względem podejścia do wędkarstwa jesteśmy krajem Trzeciego Świata. Więcej ryby bardzo często jest tam gdzie nikt nie łowi niż tam gdzie ktoś wodą się opiekuje. To jest piękny przykład jak przyroda potrafi sobie radzić bez pomocy człowieka – tylko nie przeszkadzać w nadmiarze. Ok – nie wkładajmy wszystkich do jednego wora. Są okręgi, które starają się dbać o wodę tak jak należy. Rzadkość, ale są tacy ludzie. W każdej grupie znajdzie się grono osób, które potrafią trzeźwo myśleć i zauważają w czym tkwi problem we współczesnym wędkarstwie. No, ale wróćmy do meritum.Znalazłem wodę na której fantastycznie połowiłem. Jak już wiedziałem, że są tam grube okonie to chodziłem slalomami tak żeby nikt nie zwęszył gdzie ja idę z wędką – „przecie” tam pola i las  Pierwsze rzuty, brania były, ale tak jakby ryba nie do końca była przekonana do pewnego ataku.  Za ciężko tak sobie pomyślałem – schodzę do 2 gram i strzał i siedzi i tak +50 razy przez kolejne 2h. Ja … co się działo Garbusy wyjeżdżały jeden za drugim. Jak to bywa z rybami, ładnie się o nich pisze jak biorą, ale nie zawsze wszystko przychodzi tak gładko. Każdy trzeźwo myślący wędkarz poradzi sobie nad wodą jeśli w danym łowisku jest ryba. Nie jestem okoniowym specem, nie będę nikogo uczył jak ma łowić, od tego są inni. Także nie będę się rozpisywał o wędce, kołowrotku czy lince, ponieważ moim skromnym zdaniem najważniejszy jest w tej całej układance operator zestawu czyli wędkarz. Najlepszy sprzęt nie pomoże jeśli nie będziemy świadomi tego co mamy zrobić. To my nadajemy życie sztucznym przynętom, które gdzieś na końcu linki mają za zadanie imitować jakieś żywe organizmy. Czy imitują i jak im to wychodzi w dużej mierze zależy od naszego sposobu łowienia. Ruchów, które wykonujemy, gramatury, rodzaju przynęty i wielu innych czynników. Dlatego opisze, krótko moje doświadczenia z nad wody, o technice i metodach połowu okoni jest mnóstwo informacji w sieci.Przynęty na, które skusiłem do brania najwięcej okoni to bez wątpienia minimaster pintail. Świetna przynęta, która wcześniej pozwoliła mi złowić spore ilości pstrągów na bieszczadzkich rzekach. Pintail był zbrojony klasycznie w główkę jigową lub za pomocą czeburaszki. Główka jigowa czyli na sztywno i właśnie były takie momenty, że na tak zaprezentowaną przynętę było najwięcej brań. Jak widać nie zawsze swobodnie dyndająca imitacja rybki na haku z czeburaszką jest skuteczniejsza. Łowiąc klasycznie, ale bawiąc się opadem przynęty, czasami trochę nie szablonowo zbrojąc pintaila tak, że hak wychodził z jego boku. Wyglądało to śmiesznie, ale przy pewnych ruchach nadgarstkiem tak uzbrojona przynęta uwalniała pewien element pracy. W pstrągowaniu często nazywamy to „mykiem”. Jak przychodził właściwy moment to na tak zaprezentowaną przynętę pięknie reagowały okonie. Natomiast jak to z oksami bywa, wszystko co się sprawdzało do tej pory może się diametralnie zmienić. Zastosowanie malutkiej czeburaszki 0,7g – 1g pewnego dnia pozwoliło na nowo dobrać się do pasiaków. Minimaster uzbrojony bocznie na haku z czeburaszką świetnie się sprawdził. Zagrał na nerwach tych dorodniejszych okoni prowokując je do brań.Moment ataku okoni nigdy nie wyglądał tak samo. Brania następowały bezpośrednio po wpadnięciu przynęty do wody, innym razem po długim prowadzeniu delikatnymi skokami na podwodną roślinnością albo całkowicie na flegmatyka 😉 Długi opad i subtelne wleczenie w strefie przydennej. Czyli jak widać nie ma tutaj turbo nowoczesnych technik. Po prostu czasami metoda prób i błędów jest najlepszym narzędziem, które wśród cierpliwych łowców przyniesie wymierne korzyści. Innymi słowy łowienie dla każdego.Znalazłem swoje jeziorko marzeń, byłem przekonany, że ta chwila będzie trwać i trwać. Z perspektywy czasu wiem, że nie potrzebnie traciłem czas na zdjęcia. wieczorem wyjeżdżały największe. Stojąc do pasa w wodzie w trzcinowiskach, jak już się ściemniło to trzeba było poświecić więcej czasu na zrobienie zdjęcia. Ryba swobodnie pływała w podbieraku, ale mimo wszystko warunki ograniczały sesje w wersji ekspres, nie przetrzymywałem tych pięknych pasiaków za długo, ale te kilkadziesiąt sekund zawsze uciekało. Wszystko działo się bardzo szybko, ale tak samo moment kiedy największe okonie przestawały żerować przychodził znienacka. Kolejnym razem już to wiedziałem, aparat był i leżał w torbie, a grube oksy lądowały na brzegu. Nie mogłem uwierzyć. Był taki moment, że sobie pomyślałem – ok zrobię zdj. tych największych, ale w lepszych warunkach przy normalnym świetle – po co się spieszyć, przecież tu wrócę. Może o innej porze, może nie na 2 albo 3h tylko na trochę dłużej. Tak sobie to wtedy tłumaczyłem. Wróciłem z moim wędkarskim przyjacielem Łukaszem, który jak zaczynałem swoją przygodę z łowieniem rybek to chętnie pokazywał mi swoje ulubione „wędkarskie mety”. Łukasz był zadowolony bo rybki fajnie skubały. Ja wtedy zauważyłem, że to już nie było to samo, ale połowiliśmy ładnych okoni, nawet zdjęcie dostałem z takim standardowym rozmiarem. Miałem plany wypróbować drop shota, zestaw z carolina rig. Coś mi podpowiadało, że tak dobiorę się do tych najfajniejszych garbusów.Będąc tam pierwszy raz napotkałem na ślady, które świadczyły o tym, że ktoś łowi. No, ale jeśli ryba jest to niech łowi. Niestety mam wrażenie, że to co zostało to już tylko wspomnienie. Łukasz mówi, że to niemożliwe. Ja wiem, ze jakbym zabierał ryby to w ciągu trzech wypadów bym wyczyścił ten dołek z dużych okoni przy pomocy wędki, a jakie techniki kłusownicze w XXI wieku są dostępne to myślę, że każdy z Was miał okazję obserwować albo po prostu zna je z opowieści. Było pięknie, ale już nie jest. Może się mylę, ale chyba jednak duży okoń to wspomnienie tej wody na jakiś czas. Szansa na nowe PB była ogromna jak nigdy dotąd. Każdy rekord jest na pewno jakąś tam nagrodą, ale gdybym mógł wybrać to wolałbym go nie pobić, a móc łowić regularnie te okonie, które tam prze kilka wypadów miałem okazje przerzucić. Dla mnie osobiście ważniejsze jest regularne łowienie przyzwoitych ryb danego gatunku niż pogoń za rekordami raz na 20 lat.90%  ryb zostało złowionych na przynęty Fishchaser. Myślałem, że mam ładny zapas  Okonie tak poharatały gumki, że byłem zmuszony w pośpiechu złożyć zamówienie. Nad wodą zameldowałem się 6 razy – złowiłem blisko 200szt. Z czego duża większość to rybki, które ucieszyłyby nie jednego okoniarza w PL. Polecam szczerze -> minimaster pintail itd. nigdy nie skupiałem się na nazwach. Dzięki Paweł przynęty zrobiły robotę, a miały z czym konkurować i okazały się strzałem w dychę. Pamiętajmy, że na okonie tak jak na inne gatunki ryb nie ma idealnych przynęt, które zawsze będą łowić. Dlatego w wędkarstwie tak ogromną rolę odrywa przyroda i umiejętność jej zrozumienia.Kilka słów na temat przynęt Pawła i naszej znajomości. Pamiętam pierwsze wspólne rozmowy, które miały bardzo luźny charakter. Nie było tutaj żadnej ścisłej umowy. Paweł docenił sposób w jaki spoglądam na wędkarstwo i prezentuje to co uważam za istotne za pomocą fotografii. Ja natomiast wiedziałem jakie przynęty będę miał możliwość wykorzystywać podczas moich wędkarskich wypadów. Generalnie cała paleta wyrobów od Pawła świetnie się wpisywała w moje wędkowanie. Z dużym powodzeniem i pełną premedytacją łowiłem spore ilości lipeni na Sanie na imitacje jętek i chruścików. Na górskich potokach na jego jaskółeczki pięknie reagowały pstrągi. Ta cała „Nowakowa galanteria” jest ze mną do dzisiaj i zawsze mam je w pudełku nad wodą mimo tego, że nie za każdym razem po nie sięgam, ponieważ przynęty trzeba dopasowywać do warunków zastanych nad łowiskiem. Paweł jest perfekcjonistom, wiem, że gdzieś tam ukrywa pstrągowego woblerka, który już pewnie łowi, ale jak znam jego skrupulatne traktowanie tematu to zdaje sobie sprawę, że będzie trzeba na niego jeszcze trochę poczekać. Właściwe podejście do rękodzieła, duży dystans do tego co robi sprawiło, że mam ogromny szacunek do jego wyrobów. Tak wiem – dzisiaj o tym mówię w samych superlatywach, ale mam tą przewagę, że nie będę musiał się tego wstydzić, ponieważ od samego początku wiedziałem z czym mam styczność. Niezręcznie z mojej strony było by nie wspomnieć o jeszcze jednej bardzo ważnej osobie, która ma ogromny wpływ na wizualną stronę podczas tworzenia przynęt. Tak to często bywa, że za sukcesem kryje się więcej niż jedna osoba, która wykonuje kawał świetnej roboty, ale dopóki o niej nie wspomnimy to tak jakby jej nie było. Oczywiście wzory i pewien zamysł pracy tworzonych przynęt itp. to Paweł, ale jak sam Paweł mi wspominał od pewnego czasu malowaniem zajmuje się Daria. Z wykształcenia plastyk, a prywatnie żona Pawła dla której nie ma rzeczy niemożliwych. Bez wątpienia FISHCHASER to jest marka, która prężnie się rozwija za sprawą świetnego duetu. Chyba ciężko o lepszy. Z rozmów z Pawłem mogę tylko potwierdzić, że wkład Darii w tworzenie marki jest bardzo duży. Nie będę zagłębiał się w tematy techniczne, którymi Daria się zajmuje bo mógłbym coś pominąć, ale mówiąc w języku zrozumiałym dla wszystkich, jeśli przynęty FISHCHASER podobają się Wam od strony wizualnej to w dużej mierze to zasługa Darii.

Maciej Pawlik