Ciężka, „martwa” woda, oszronione brzegi, cisza, na pozór brak oznak życia – tak właśnie wygląda RZEKA na przedzimiu. Jednak widok późno-listopadowej Wisły ma w sobie coś bajkowego. Trzeba szukać, zwłaszcza teraz, bo ryby, które latem spotykaliśmy rozproszone na różnych odcinkach, grupują się przed nadejściem zimy.

Na przedzimiu-01

13.11
Okonie namierzyłem na miejscówce tydzień wcześniej. Nie byłem wtedy dobrze przygotowany – wędka z c. w. do 30 g, plecionka i duże, a raczej za duże gumy. Tym razem miało być inaczej. I było, wklejanka, żyłeczka 016 mm i pudełko paprochów na 3-gramowych główkach. Nad wodą byłem ok godziny 6.00. Mróz dawał się we znaki i przelotki zamarzały niemiłosiernie, ale to nie miało żadnego znaczenia. Jedną z pierwszych ryb ryb jakie wtedy złowiłem był okoń ok 25 cm. Brań było mnóstwo. W ciągu trzech godzin na wolno prowadzone tuż nad dnem gumki połakomiło się kilkanaście okoni (18 -27 cm), ok 30-centymetrowy karaś i pięć kleni w przedziale 33-36 cm.

20.11

Mimo ambitnych planów połowu pasiaczków nie udało się złowić ani jednego okonia. Na czarnego twisterka skusiły się jedynie dwa kleniki ok 30 cm a tej samej wielkości sandaczyk, zaatakował małe perłowe kopytko. Bardzo niski stan wody, zamarzające przelotki i brak brań, a co za tym idzie, lekkie zniechęcenie wygoniły mnie do domu ok 9.30. Byle do wiosny