Na miejscówce wylądowałem po 18.00. Strasznie wiało, więc korzystając z tego, że wiatr marszczył powierzchnię wody zacząłem obławiać płyciznę, którą zazwyczaj patrolują „moje” klenie. Było kilka niemrawych sckubnięć i wreszcie zdrowe, konkretne „walnięcie”. Kleń miał, co prawda poniżej 40 cm długości, ale był badzo gruby i miał ochotę powalczyć co skończyło się „zmasakrowaniem” ownerowskiego druciaka. Kotwiczka, na szczęście, wytrzymała do samego końca. Ponieważ narobiłem sporo hałasu na spokojnej wodzie przeniosłem się na opaskę powyżej płani. Tam w pierszym rzucie do miniwoblerka wyszedł jaź czterdziestak. Uderzył trzy metry od brzegu, odjechał kolejne dwa na hamulcu i zaczął wywijać swoje piruety. Po szybkim holu i pamiątkowej fotce odpłynął leniwie w stronę rynny. Trochę niżej zauważyłem jszcze dwie żerujące ryby. Jedna zainteresowała się nawet wabikiem, ale pechowo, gdy za przynetą widać było już zbliżająca sie falkę, na kotwiczce zawisł kawałek trawy i bardzo skutecznie spłoszył jazia. Na koniec wróciłem jeszcze na płytką płań żwirkową, ale poza jednym nerwowym trąceniem woblera nie wydarzyło się już nic ciekawego.