Ciepłe letnie popołudnie, „błogosławieństwo” żony, plecak, wędka i do busa… Jeśli można choć przez chwilę porzucać spinningiem, to trzeba takie okazje wykorzystywać. Jestem nad Wisłą. Już na samym początku pewien wąsaty pan uzbrojony w dwie Tatry Mocne postanowił mi doradzić i towarzyszyć (na szczęście tylko przez chwilę). Opowiadał o całych siatach „taaakich garbusów”, które „brali z kumplem”, ale to jakiś czas temu, bo teraz okonie gdzieś się wyniosły… Dowiedziałem się, że w okolicach mostu kolejowego „lepiej nie łapać”, bo mnóstwo zaczepów i kamieni. Tyle mi wystarczyło. Postanowiłem obłowić to miejsce i mimo całkowicie „wakacyjnej” pogody udało mi się skusić do brania cztery całkiem ładne okonki i małego sandaczyka, który zapiął się za dwie kotwiczki woblera. Przynętą dnia okazał się cztero-centymetrowy jugolek z zielonym grzbietem. Miałem jeszcze kilka brań, ale nic godnego uwiecznienia na zdjęciu nie udało się złowić.