To dla mnie chyba najgorsza wędkarska wiosna od kilku lat. Prawie w ogóle nie jeździłem na ryby, a jak już pojechałem… W marcu i kwietniu wyrwałem się w sumie może 3 razy nad wodę. Jak zwykle szukałem jazi. Coś tam złowiłem, coś  widziałem, ale największą marcową rybą okazał się sandacz ponad 60 cm z lodowatej Wisły. Nie wiem kto był bardziej zdziwiony na brzegu.

Moja Wisła to odcinek przegrodzony stopniami wodnymi, ot taki relikt dawnych czasów z którym nie bardzo wiadomo co dalej robic. Niestety łowienie poniżej zapór jest bardzo nieprzewidywalne, bo jeżeli woda opada nagle o pół metra, następnie, podnosi się o jakieś 30 cm, żeby za chwilę  znowu się obniżyc, to ciężko jest cokolwiek zaplanowac. Ryby przyzwyczaiły się do tego stanu rzeczy, a i wędkarze też sobie jakoś radzą, ale to wymaga sporej elastyczności. Na moich miejscówkach łowiłem jakieś klenie maksymalnie do 40 cm, ale nie w oszałamiających ilościach.

Drugi temat to Raba. Byłem raz po „zimnych ogrodnikach” no i trafiłem na kompletny brak żerowania. Następne podejście było już po majowych deszczach. Trafił się w mocno zmąconej jeden pstrąg ok 36 cm. Mam takie przeczucie, że jeszcze sobie „odbiję” na pstrągach w tym roku, ale na razie nie miałem szczęścia.

Pozytywny aspekt to nowe woblery boleniowe z mojego warsztatu. Trzy osoby dostały je do testów i wyniki są nawet więcej niż zadowalające, ale o tym będzie w oddzielnym tekście. Mnie jeszcze nie udało się na poważnie dobrac do bolków. Wiem za to że przynęty smakują też wiślanym szczupakom, co gorsza niektóre z nich zabierają wabiki ze sobą.