Kwiecień, ten miesiąc bardzo lubię, ale w tym roku jakoś nie mam szczęścia. Złamałem już dwa fajne kijki, a wszystkie ryby łowione przeze mnie nie przekraczały jak na razie 35 cm. Wczoraj, w końcu, wybrałem się nad Wisłę. Na początku znowu mi nie szło. Wiatr dawał się we znaki a na dwóch pierwszych miejscówkach nie miałem nawet skubnięcia. Przeniosłem się na nieduży dopływ i było ciut lepiej. Pierwsze brania, nieśmiałe trącenia przynęty przez „pokłute” ryby. Szybka decyzja i znowu wróciłem nad Wisłę. Nad rzeką wiatr wiał dalej w najlepsze. Po pierwszym, kontrolnym rzucie poczułem konkretne targnięcie, ale ryba spięła się zaraz po zacięciu. Wobler przepłynął może metr i miałem kolejne branie. Zaciąłem jazia, który jednak po kilku „bujnięciach” również spadł. Sprawdziłem kotwiczkę ale wszystko wydawało się ok. Tymczasem wiatr powoli cichł i dało się zaobserwować powierzchniową aktywność ryb. Przyłożyłem się do łowienia i udało się złowić… leszcza, który zasmakował w nowym woblerku przygotowanym do testów na ten sezon. To była spora „łopata”. Tego wieczora pojawiło się także kilka mniejszych rybek i jeszcze jeden, tym razem, podhaczony leszcz, który „zepsuł” mi miejscówkę na jakiś czas. Sporo było też „puknięć” i jaziowych „strzałów” które podnoszą ciśnienie. Znad wody wygoniła mnie ulewa, ale niebawem tam wrócę.